Wybierz kategorię tematyczną

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Dźwięk budzika wyrwał mnie ze snu. Nieludzka pora pobudki i nabrzmiałe jeszcze snem powieki, ledwie zmrużone dwie godziny wcześniej, nie ułatwiają podjęcia nieuniknionej decyzji o opuszczeniu pieleszy. Kto z kolegów wpadł na tak wczesną porę wyjazdu? Pytanie czysto retoryczne, bo oczywiście wiem.

Daleka droga przed nami, ale są jakieś granice przyzwoitości. Nic to, nie czas już na takie dywagacje.  Zebrałem wcześniej przygotowany sprzęt i bagaże, dopiłem ostatni łyk kawy i dokończyłem symboliczne o tej porze śniadanie [?], Jak nazwać śródnocny posiłek, drugą kolacją czy przedśniadaniem? Zebrałem po drodze kolegów i w drogę. Drugim autem podróżuje pozostała część ekipy – to ta bardziej zadziorna i rozigrana J Droga do celu naszej podróży nie jest tak oczywista, jakby się mogło wydawać, toteż błądzimy tu i ówdzie, a nawet jedziemy pod prąd.  Co tam, pewnie i tak więcej mnie nie na wyprawę nie zabiorą, to mogę i prąd. Na nawrotkę na ręcznym na „esce” jednak się nie zdobyłem… Nie siedziałem jeszcze w areszcie w bratnim państwie, ale i tak nie pałam.

Koniec naszej radosnej podróży zwieńczył zakup licencji, wizyta w sklepie po kilka much „na wzór”, zrzucenie gratów na kwaterze i upragnione przywitanie z chłodną i niemałą wodą. Znów cholera idzie z zapory i z gór sporo ha-dwa-o. W ojczyźnie rzeki na południu ledwie sączą się po kamieniach, a tutaj woda prawie zdejmowała nam śpiochy z nóg, gdy weszliśmy nieco powyżej kolan.

Przechodzimy z Patrykiem pozornie niewinne bystrze bardzo czujnie i gdyby nie kijki do brodzenia, jako trzecia noga, to pewnie bliżej integrowalibyśmy się z fauną i florą wodną.

 

20180419_122851.thumb.jpg.5a789a999994e8a705338155477ab9a3.jpg

 

Bystrze kończyło się kamienistą przykosą, za którą woda zwalniała i robiła się zdecydowanie głębsza. Tutaj łatwiej było utrzymać równowagę, a przede wszystkim miejsce „pachniało” rybą i było wręcz podręcznikowe. Systematycznie zaczęliśmy czesać tę głębszą wodę streamerami, co po kilku zmianach przynęty i sposobu jej prowadzenia poskutkowało tęczakiem-trzydziestaczkiem, który połakomił się na fantazyjną, kolorową muszkę.  Tak sobie łowiliśmy i łowiliśmy bez większych efektów, aż doszliśmy do końca tej płani i trzeba było zatrąbić do powrotu, bo z jednej i drugiej strony nurt gnał jak TLK. Kątem oka zobaczyłem dwóch jegomościów, którzy weszli do wody kilkadziesiąt metrów poniżej nas i zaczęli ciężko łowić spod kija w głębokim, z wstecznymi prądami zakolu. Po kilku minutach w podbieraku jednego z nich pojawiła się pierwsza zdobycz, potem następna i kolejna. No nieeee…, panowie. My tu walczymy z prądem po kolana, a wy po krawędzie woderów, w spokojnej wodzie, wyjmujecie z jednego dołka kilka ryb. Znaczy się można połowić, tylko trzeba się przyłożyć do roboty, a nie relaks i podziwianie widoków.

Po krótkiej przerwie na wymianę sprzętu oraz chwilową regenerację, z kabanosem między zębami, batonem i mineralną w kieszeni, wróciłem nad wodę w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca do zanurzenia w odmętach nimf. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, w zakolu nikt już nie łowił. Spojrzeliśmy na siebie i nie zastanawiając się, daliśmy nura w nadbrzeżne krzaki, by po chwili stać po piersi w zimnej wodzie. I tak mieszając tymi nimfami, raz cięższymi, raz lżejszymi, w różnych kolorach i kształtach, wyjmuję z tej głębiny tęczaka i chyba ze dwa lipaski. Nic nadzwyczajnego w sumie i godnego uwiecznienia. Zapamiętale mieszając nimfami w rzece, nie zauważyłem kiedy Patryk uciął sobie nad brzegiem drzemkę.

 

20180419_151755.thumb.jpg.79cd7ff4426e37f8458c556fb4f6bd47.jpg

 

Mając na oku kolegę, czy aby nie zwiotczeje za bardzo we śnie i nie osunie się do wody, powoli przesuwam się z nurtem w kierunku płytszej i szybszej wody. W takim nieszczególnym miejscu mam branie, ale chyba lekki rozprężenie cielesno-umysłowe spowodowało, że tracę ładną rybę po krótkiej walce. Patryk zdążył się ocknąć a mnie po tej krótkiej dawce adrenaliny zaczynało się udzielać zmęczenie. Zwinąwszy zestaw udałem się niespiesznie do miejsca spoczynku, spoglądając na łowiących w oddaleniu kolegów. Na zakole wróciłem wieczorem znów ze streamerem. W końcu jak mam nic nie złowić, to połowię chociaż z przyjemnością i frajdą prostowania dłuższego kawałka sznura.

W zakolu nic się nie działo, jedynie mijany w drodze Patryk z emocjami w głosie mówił, że miał na kiju rybę wielkości małego dzika. I tak rzucając tu i ówdzie, mijając nieciekawe kawałki wody, na dłuższej, prostej płani, gdzie dało się łowić bez podcinania nóg przez napierającą masę wody, mam strzał w białego streamera. Odruchowo zaciąłem, choć nie było takiej potrzeby, bo coś konkretniejszego pewnie było zapięte na końcu zestawu. Długo nie widziałem ryby, bo trzymała się dna, wyciągając co raz kilka metrów linki z kołowrotka, to znów zmuszając mnie do błyskawicznego kasowania luzu. Wreszcie dała się naprowadzić do podbieraka. Potokowiec. Srebrny taki i z bladymi kropkami. No nic, idziemy na brzeg mierzyć tego wojownika. 45cm. Przy próbie sfotografowania, odbija się ogonem od podbieraka i…

 

20180419_160628.thumb.jpg.8fdf957169ec8e6a07022df247a8f94f.jpg

 

po chwili łypie na mnie już z nurtu i majestatycznie odpływa.

Na wieczór mieliśmy zaplanowane integrowanie się przy kuflu przepysznego tutejszego piwa oraz już na kwaterze – tradycyjne warsztaty muchowe, ale zmęczenie pozwoliło tylko na pierwszą część, czyli po jednym i spać.

Nazajutrz kilka minut po szóstej zameldowaliśmy się w innym miejscu – poniżej mostu, kawałek w górę rzeki od naszej kwatery. Konsekwentnie trzymam się streamerowania, stawiając na przyjemność, kosztem efektywności – jak się miało wkrótce okazać. Po kilku minutach mam piękne branie, ale hol kończy się wypięciem ryby. Nastroiło mnie to optymistycznie, że może jednak będzie, i przyjemnie, i skutecznie. Kilka metrów niżej, znów widowiskowe wyjście do prowadzonego tuż pod powierzchnią przynęty. Łowiłem linką z tonącą końcówką, ale szybki nurt pod koniec prowadzenia i tak wynosił muszki pod powierzchnię wody. Szybki hol, choć ryba walczyła dzielnie i potokowiec około czterdziestocentymetrowy ląduje w podbieraku. Biały streamer wykonany na kilka dni przed wyjazdem, znów okazał się skuteczny.  Za łamiącym nurt kamieniem mam kolejne branie, ale tym razem ryba wychodzi zwycięsko. Tymczasem Patryk z brzegu turla nimfy w zwolnieniach za kamieniami. O, Grześ do nas dołączył – też nimfując. Tymczasem Bartek przysłał MMS’a z drugiego brzegu z dwoma niezłymi tęczakami. No nie powiem, poziom zazdrości we krwi nieco wzrósł. Z tego stanu szybko mnie wyprowadziły pełne emocji krzyki dochodzące z brzegu, bo Patryk miał na końcu zestawu jakąś kłodę, niedającą się oderwać od dna. No nieźle, na delikatnym zestawie zabawa się przeciągała w czasie, a my nadal nie widzieliśmy z kim Patryk ma do czynienia. Nie wiem jak długo to trwało, ale po kilku próbach naprowadzenia ryby do podbieraka, ta salwowała się ucieczkami w nurt, gdy wreszcie stojący w pogotowiu Grześ, sprawnym ruchem podjął pięknego, grubego jak kłoda tęczaka. Stałem w pewnym oddaleniu od tego widowiska, ale szeroką fioletową pręgę na boku widziałem dokładnie. Całe 66cm szczęścia na takie małe coś na haczyku chyba nr 18. Jak on to zawiązał do żyłki 0,16?. Gratulacje Patrzyk!

Ki diabeł podszepnął mi dziś tego streamera, skoro na nimfy takie kloce siadają? Wracać po zestaw do nimfy nie bardzo mam ochotę, tłumacząc sobie, że może jednak nie będzie tak źle, skoro jedna ryba w podbieraku a i dwa fajne brania też się zdarzyły. Przemek też konsekwentnie tego dnia trzymał się strima i w nagrodę, może za wytrwałość, zaliczył fajnego pstrąga. Wieści z teatru działań na innym odcinku rzeki mówią, że Marcin wyjął tęczaka 61cm. Worek z kabanami się rozwiązał, ja tymczasem poza jeszcze jednym pstrągiem, nie miałem się czym pochwalić.

Wracając z Przemkiem na kwaterę, co i raz obławiamy spokojniejsze miejsca, których przy tym podwyższonym stanie wody za wiele nie ma. Gawędzimy przy okazji i miło spędzamy popołudnie, bez ryb jednak. Kończąc dzień z mocnym postanowieniem poprawy więcej nie próbować streamera. W końcu nie przyjechaliśmy tutaj dla przyjemności. Wrócić i nie mieć się czym pochwalić na forum, toż to dyshonor i ujma.

Jak postanowiłem, tak też konsekwentnie podjąłem wyzwanie wytrzymania dnia, turlając ołów po dnie. Nigdy nie lubiłem przepływanki bez spławika… W sklepie wędkarskim „za rogiem” kupiłem kilka egzemplarzy miejscowego rękodzieła, co tylko przy dużej dozie wyobraźni można by nazwać „muchami” Ciężkie to takie, że spinningiem da się dorzucić na drugi brzeg, a wpadając do wody, przypomina odgłos keitecha na 5g główce. No ale nie ma zmiłuj. Sprzedawca zapewniał, że „to je vyborne”. No dobra, jak się nie sprawdzi, to chociaż zostanie do kolekcji, chyba że zerwę te monstra na zaczepach. Do dziewiątej nie miałem nawet brania, choć koledzy co i raz coś holują. Jarek był w ogóle poza konkurencją  i dobrze, że stał daleko, bo pałałem chęcią trzepnięcia go w kapelusz tym ciężkim czymś na końcu zestawu. Żeby zrobił sobie dłuższą przerwę, ma się rozumieć.

Zawiązałem, trochę bez przekonania, jakieś fioletowe maleństwo na troku, a na prowadzącej nieco cięższego pomarańczowego kiełża. No i za trzecim przepuszczeniem zestawu, poczułem silne branie. Nie jakieś subtelne przesunięcie czy zatrzymanie ledwie widoczne, tylko rąbnięcie wyginające kij. Ha ha… Jak ja nie cierpię tej nimfy, to szkoda słów. Żadnej przyjemności z tego machania jak cepem. No chyba, że takie coś walczy na drugim końcu. Kilka odjazdów, murowanie przy dnie, wyskok pokazujący pręgę w promieniach słońca, kilka prób podebrania i jest. Nie tak duży, jak kolegów, ale miarka pokazała 47cm. Jaro zrobił zdjęcie.

 

IMG_2093.thumb.jpg.afd1bd5cb7b0bda92eb845d5946e23d4.jpg

 

Tradycyjne buzi (rybie, nie Jarkowi) i do wody. Do południa zaliczyłem jeszcze kilka lipieni i tuż przed przerwą na posiłek, poniżej filara mostu na tego samego fioletowego paproszka prowadzonego w pół wody, majestatycznie wyszedł z głębokiej dziury piękny tęczak. Wszystko doskonale widoczne, prawie jak na dłoni. Zacinam i czuję, że zabawa będzie dłuższa. Repertuar rywala jest znacznie bogatszy niż poprzednika. Nie jest łatwo go zachęcić do zbliżenia się w rejon podbieraka, na którego widok kilkakrotnie ryba zrywa się do ucieczki w nurt. Wreszcie jest. Śliczny. Miarka pokazała równe 50cm. Jakby nie było, tęczowa życiówka.

 

20180421_113447.thumb.jpg.91e9df4c063f6a4e45453371bd1131cf.jpg

 

Po południu trochę się rozrzedziło i ani się spostrzegłem, a w zasięgu wzroku miałem tylko Grzegorza i Jarka. Nie wiem gdzie się podziali pozostali koledzy. W spowolnieniu nurtu pod lewym brzegiem, w miejscu, które obdarzyło największą liczbą ryb, zapinam tęczaka. Trochę mnie wyrwał z zamyślenia silnym kopnięciem w prawie zawieszoną w nurcie nimfę. I to wcale nie fioletową, a klasyczną, zielonkawą hydropsyche.

 

20180421_113352.thumb.jpg.b9ad0a72fd79ee99f73c9b08438eb4b6.jpg

 

Wypuściłem pstrąga i znów zapadłem w jakieś zamyślenie, jednak dzikie krzyki kolegów łowiących niżej szybko mnie przywróciły do pełnej świadomości. O Perunie gromowładny, co za potwora Jarek holuje? Holuje, ba. To tęczak robi z nim co chce. Dzikie wyskoki, ucieczki z nurtem, odjazdy jak torpeda i Jarek podążający za rybą w dół rzeki. Grześ z gotowym podbierakiem, ćwiczył starty jak do sztafety przez płotki, robił piruety w nurcie, co skończyło się efektowną przewrotką na plecy z pełnym zanurzeniem. Peryskop tylko w postaci kamery na czapce wystawał ponad lustro wody. Jarek tymczasem wytrwale trzymał  wariata w spienionym nurcie daleko od miejsca, gdzie nastąpiło branie. Grześ pozbierawszy się z podziwiania podwodnego świata, chwyciwszy podbierak w dłonie, wystartował by dogonić oddalającego się za rybą Jarka. To nie mogło się skończyć zgodnie z planem. Drugie zanurzenie zaliczone i gacie mokre od środka do samych skarpet. Zmagania z dzikusem (pstrągiem, nie Grzegorzem) zakończyły się w podbieraku. Tęczowy szaleniec nie okazał się rekordem świata i aż dziw bierze skąd w przeciętnej (jak na tę wodę) rybie tyle, nomen omen, ikry?

Pod wieczór poszliśmy niżej, do miejsca, gdzie nurt przelewa się z jednej strony rzeki na drugą, a za zatopionymi kamieniami tworzy się długi i szeroki warkocz z wolniejszą wodą. Warkoczysko, właściwie. Poprzedniego dnia widzieliśmy tutaj dwóch mistrzów metody niekoszernej, nękających miejscową ichtiofaunę. Wyglądało zachęcająco, zwłaszcza, że dało się nawet pewnie brodzić w wodzie po… Poniżej pasa.

 

20180420_085442.thumb.jpg.e1c155827d9a6bfb1e737917d09390a9.jpg

 

Brały lipienie, na przemian z pstrągami, które miałem problem, by wyholować. Jakoś tak zapięte za naskórek. W promieniach chylącego się za góry słońca brania ustały i czułem już cały dzień w kręgosłupie. Miałem jeszcze ochotę wrócić w pobliże mostu, ale ból miejsca, gdzie poniżej następuje utrata szlachetnej nazwy pleców, przezwyciężył nadzieję spotkania z okazem. Tak, tak… emerytura bliżej niż dalej. Poza tym to niebywale smaczne piwo w karczmie opodal, też miało magiczną siłę przyciągania. Wszak został  nam jeszcze jeden dzień na zmagania z nurtem, więc na siłę nie zamierzałem się forsować.

Nieuchronne musiało nadejść. To jest ten dzień, gdy podświadomość zaczyna dokuczać i przyjemność obcowania z przyrodą powoli miesza się z myślami o powrocie do codzienności i obowiązków. By tę przyjemność trochę przedłużyć, gromadnie zbieramy się nad jednym, całkiem pokaźnym zagłębieniem dna (trochę głębiej niż wodery, prawda Przemek?). A zagłębienie to zamieszkiwało stado tęczaków i to takich, że oczom trudno uwierzyć. A widać je było jak na dłoni. Toż to akwarium niemalże. Żerowały w smugach resztek z dna, podrywanych naszymi butami. Jak lipienie, bez cienia płochliwości, podpływając pod same sznurówki. Cóż było robić? Łowić na upatrzonego – nie przymierzając - stado kormoranów.

 

20180422_102527-1.thumb.jpg.bfd3b07aba9abde60f382b11440d63a3.jpg

 

Długo trwało zanim Przemek trafił na co biorą. Tego dnia daniem była żółta nimfka. Cholera, kto ma żółte nimfy? Grześ dobył z zakamarków kamizelki tajny skarbczyk i obdarował chętnych klasycznymi Amber Nymph. No i zaczęły się brania. Nie, żeby od razu, za każdym przepuszczeniem zestawu. Niezbyt łapczywie, by nie powiedzieć z ociąganiem brały, ale coś tam wyjechało w podbierakach do zdjęć i miarek. Królem polowania był oczywiście Jaro. Stojąc na skraju tego stada kormoranów, wiążę złółtą nimfę na skoczka, nie zauważam przy tym, że przypon oplata kilklakrotnie przelotki na szczycie wędziska. Rzucam przynęty w nurt i widzę branie jak na dłoni. Duży tęczak chwyta nimfę i odwraca się majestatycznie. Zacinam w tempo i czuję pulsujący ciężar na końcu zestawu. Ale co jest…? Nie mogę wydać centymetra linki z kołowrotka, a potwór szaleje. Dopiero teraz zauważyłem zapętlony na szczytówce przypon. Jasna cholera, no. Jaro dopada do mojej szczytówki i próbuje uratować sytuację, ale w tym momencie czuję luz na końcu wędki. Piękne zakończenie wyprawy odpływa razem z tęczakiem. Szlag by to... Zwijam sprzęt i już nie łowię.

 

EPILOG

Kilka dni po powrocie, praca rzuca mnie na dwa dni w Małopolskę. Oczywiście dyżurne wędzisko leży w bagażniku. Pakując się na wyjazd, stawiam przy drzwiach torbę z woderami i drobnym szpejem do tego wędziska, które leży w aucie. Żona widząc te bagaże z kołowrotkami i pudełkami pyta mnie czy jadę służbowo czy znów na ryby. Nie, no ten… zabieram to, żeby nie stało w przedpokoju. Do pracy przecież jadę.

Po południu, po załatwieniu spraw, które dają chleb i czasami zostaje z tego na zakup haczyków, ruszam na pobliską rzekę. Wpadam jeszcze przywitać się z gospodarzem tego kawałka wody oraz odebrać zezwolenie i ahoj przygodo! Cieknące wodery zostawiłem w domu, więc zastępcze gumy pospiesznie wciągnąłem na spodnie od garnituru. Nie ma czasu na zmianę garderoby. Woda niska, że ledwie toczy się po kamieniach. Zanurzam dłoń. Nieprzyzwoicie ciepła, jak na tę porę roku woda w górskiej rzece, trochę zastanawia.

 

20180426_165928.thumb.jpg.c90a21ccf12df72890c470ca9192ae54.jpg

 

Plan był prosty – ryby przy tym stanie wody są pewnikiem schowane w głębszych miejscach, więc zacząłem chodzić po konkretnych „adresach”. Dupsko szybko się pociło w tym biegu w gumowych gaciach i miałem tylko nadzieję, że wyjściowe spodnie jako-tako będą się nadawały na następny oficjalny dzień. Człowiek jest jednak czasami głupkowaty - sobie myślę.

W tych warunkach i na szybko, bo do zachodu słońca zostały dwie godziny, tylko mokra muszka. Do latających - mam wrażenie - setkami owadów, nie ma żadnych wyjść. A widzę duże i małe jętki, muchówki i diabli wiedzą co jeszcze. Podnoszę kilka kamieni – nieliczne larwy, chyba chruściki. Dobra, prowadząca March Brown, na skoczka, Pheasant Tail. Przypony cieniutkie, bo woda krystaliczna. No to jedziemy z koksem. Jedna płań, druga, warkocz z głębszą wodą, główny nurt przy kamiennej opasce. Nic, pusto. Jak w dupie po śliwkach, normalnie. Zmieniłem miejsce i przynęty. Na skoczka zawiązałem imitację larwy chruścika, na prowadzącą malutkiego Red Spinnera. Rzut i za kamieniem poczułem lekkie przytrzymanie, Zacinam i sznur przelatuje mi obok ucha. OK. coś się jednak dzieje – przeszło mi przez myśl. W następnym dającym szanse miejscu przykładam się bardziej. Kilka rzutów i mam branie. Drobiazg jednak. Przynajmniej w porównaniu do tych sprzed kilku dni. Niespełna trzydziestocentymetrowy potoczek uwolniony szybko zmyka w ciepłym nurcie. Rozglądam się dookoła, słońce pięknie maluje już długie cienie nadbrzeżnych olch.

Zwijam sprzęt. Nigdy nie lubiłem nagród pocieszenia.

 

Tom@ha

 

Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby dodać komentarz